Dzika plaża

Wraz z pierwszymi wiosennymi, weekendowymi pomrukami słońca na praską plażę niczym kraby wylegają Warszawiacy. Wylegają i wylegują się. Taka metropolitalna namiastka Pomorza, swój własny Hel(l) w centrum miasta. Przyswajają używki i pełną piersią wdychają stołeczne powietrze, podobno obecnie bardziej radioaktywne niż w Czarnobylu. Wymarzone miejsce na maraton. I to nie tylko ten doroczny, ale i te codzienne (również sponsorowane przez koncern naftowy). W korku na Puławskiej albo na Moście Poniatowskiego, gdzie silnik ani na chwilę nie przestaje pić. Ale Warszawę wypada przedstawiać w dobrym świetle lub nie przedstawiać jej wcale. Dlatego najlepiej poczekać do zmierzchu i chwytać zachodzącą nad Ochotą pomarańczową kulę ognia. To bynajmniej nie frustracja, tylko chłodna, wieczorna introspekcja. Zaś słońce wschodzi i słońce znowu zachodzi, oraz zdąża do swego miejsca, gdzie ma wzejść (Koh 1:5).

Nie chciałbym jednak puentować zbyt patetycznie, dlatego pożegnam się innym cytatem, również ze Starego Testamentu:
Nikt, kto ma zgniecione jądra lub odcięty członek, nie wejdzie do zgromadzenia Pana (Pwt 23:2).

1

 

2

 

8

 

13

 

 

16

 

Udostępnij

2 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *